środa, 6 stycznia 2016

zima na rubieżach

Przeżycie zimy jest możliwe  tylko jeśli każdego ranka poświęcę kilka sekund na uświadomienie sobie, że jej nie ma, że to taka udawana zima. Codziennie ktoś sypie sztucznym śniegiem. Sztuczny szron pryska na okna. Atrapy bałwanów rozstawia na placach zabaw i otwiera zamrażarkę, żeby nie było zbyt wiosennie. Pączki kwiatów, które są już gotowe, by zakwitnąć, zamalowuje szronem w spraju, a i tak już za momencik, już za chwileczkę.
A Antek myśli, że to naprawdę.


















poniedziałek, 14 grudnia 2015

Kocur Stanisław

W tych zmarszczkach jest mi całkiem do twarzy. Pierwsze były bardzo subtelne, a te, które każdego ranka odkrywam na nowo, są  głębokie, uwypuklone przez gustowne cienie pod oczami a la chanel i lekką opuchliznę a la wczorajsze party do rana. Bo party często jest do rana, ale z powodu kaszlu, wymiotów lub innej gorączki, czyli standardowego zestawu przedszkolaka, za który wszystkie mamy świata powinny dostać Pokojową Nagrodę Nobla lub przynajmniej  równowartość dwukrotnej pensji. Prezydenta. 
Dodajmy do tego jeszcze zimę, której nie ma, trzy nadmiarowe kilogramy, które w lustrze wyglądają, jakby było ich trzydzieści, słońce, które zachodzi o piętnastej, i już witam się z Państwem w ponurej krainie jesiennej depresji. Przed którą na szczęście ratują mnie wespół mój Syn, Antoni, dzielny strażak, policjant, robot i szturmowiec z Gwiezdnych Wojen i mój mąż, Piotr, znany w wąskim kręgu naszej trzyosobowej rodzinki jako Kocur Stanisław, dyspozytor pogotowia (oraz pokrewnych służb ratunkowych)
-Stanisławie, zgłoszenie!
-Pali się na Enkikowskiej!
-Takich zgłoszeń.
  NIE.
  PRZYJMUJEMY.

niedziela, 29 listopada 2015

kipię miłością

Wychowywanie dziecka, poza aspektem kipię miłością, chwytam dzień, tu i teraz cieszę się najcudowniejszą Istotą na Ziemi ma też bardziej refleksyjną stronę. Bo wszystko dzieje się tylko raz i naprawdę nie wiemy, co z tego wyjdzie. Bo w oceanie miłości łatwo zgubić siebie. I przede wszystkim dlatego, że, pielęgnując asertywność dziecka, często dostajemy po tyłku.
Mam czasem wrażenie, że największa zmiana w podejściu do dzieci, jaka zaszła między moim pokoleniem a pokoleniem moich rodziców to poczucie, że nie chcemy wychowywać grzecznych dzieci. I nie chodzi oczywiście o dłubanie w nosie czy mówienie dzień dobry, tylko o coś znacznie bardziej istotnego.
Chcę, żeby mój syn szanował swoje zdanie i  potrafił je wyrazić.  Dlatego naprawdę dużo rozmawiamy i, poza normalnym życiem ze sprzątaniem i gotowaniem (w których Antek często uczestniczy jako pełnoprawny kucharz, kierowca odkurzacza lub Pan Wycierak), często się bawimy tak, jak on chce. W związku z tym ugasiłam już milion pożarów (nie tylko plastikową gaśnicą, ale też plastikową wiertarką czy paskiem do spodni). On prowadzi, ja idę za nim. Pytam go opinię i pozwalam, żeby na własną rękę odkrywał świat.
Chcę, żeby umiał się sprzeciwić, gdy dzieje się krzywda. Więc kiedy mówi "odczep się, zostaw to" do kogoś, kto próbuje mu na siłę zdjąć sweterek, proszę, żeby krzyczał jeszcze głośniej, gdy ktoś robi mu coś wbrew jego woli. Tak, podawanie mu niedobrych leków to wyzwanie, ale tłumaczenie, po co są, działa cuda. Na przykład dzisiaj psikanie do jego nosa, w którym mieszka permanentny katar zostało zatwierdzone hasłem "No dobra, dawaj." 
Chcę, żeby potrafił odczuwać i interpretować emocje. Jest zatem oczywiste, że nie mogę mu powiedzieć "Nie płacz, nic się nie stało", gdy płacze. Logika prosta: jeśli płacze, to coś się musiało stać. Nazywam swoje uczucia, dzięki czemu często słyszę od swojego prawie trzylatka "zasmuciłem się" albo "jest mi przykro".  Mówi czasem (a zwłaszcza wtedy, gdy w Dniu Krótkiej kąpieli wychodzi z wanny), że mnie nie lubi. Wtedy pytam czy mnie nie lubi, czy jest niezadowolony, że musi już wyjść z wanny, odpowiedź czasem wymaga chwili refleksji, ale jeszcze mnie nie zasmuciła.

Pozwalam, żeby doświadczał.  
Przy doskonałej świadomości faktu, że granica między asertywnością a bezczelnością jest niezmiernie cienka, nie chcę, żeby mój syn był grzeczny. Ma święte prawo z czymś się nie zgadzać, nie chcieć i nie lubić. To takie fundamentalne zasady poszanowania drugiego Człowieka i myślę, że to dzięki nim mam przez większość czasu do czynienia z radosnym Chłopakiem. Dzięki nim jestem wyluzowaną mamą, kipię miłością, chwytam dzień, tu i teraz cieszę się najcudowniejszą Istotą na Ziemi.

sobota, 17 października 2015

patyk

Ładne popołudnia łapiemy jak najbardziej, bo są strasznie krótkie- Antek usypia o 19. Po obowiązkowej przejażdżce autobusem idziemy jeszcze na targ po zakupy. Chociaż moja torba z każdym krokiem robi się coraz cięższa, jestem niezmiernie szczęśliwa, gdy otrzymuję w prezencie mokry, ubłocony patyk- jeden dla mnie, drugi dla Tatusia, trzeci to szabla i niesie ją Antek. Zabawa jest przednia, ale Syn co chwilę czujnie sprawdza, czy niosę komplet patyków. Więc niosę. Potem kupuję kiszoną kapustę od Pani Gabrysi, jakieś owoce i kończą mi się ręce. Z duszą na ramieniu wkładam patyki do torebki, żeby nie było mu przykro. Sytuacja opanowana, wracamy. Po trzech krokach Antek mówi:
"Już nie chcę tego głupiego patyka"
i go wyrzuca.